Artykuł: Mogą dzieciom opowiadać bajki

 

Niezwykłe dzieje Teatru Ludowego XXXII (Głos Tygodnik Nowohucki)

Gdy Jerzy Fedorowicz został dyrektorem i przyjechał po raz pierwszy tutaj nocą, ujrzał próżnię, a właściwie dużą przestrzeń z światłami wybitymi lub wygaszonymi i nic. Idealne możliwości "i tylko prać, kto się nawinie, jeśli się nawinie" - pisała Zofia Szlachta ("Być i bić" Polityka z 26 listopada 1992). Zespół w teatrze grał w karty lub w ping - ponga, a "czołowy amant schodził ze sceny, tłumiąc ziewanie". Teatr grał dla kilku lub kilkunastu widzów. Prawdziwy teatr odbywał się na ulicy, między okolicznymi skwerami, gdzie toczyli boje skini z punkami.

Nowy dyrektor teatru wziął się ostro do roboty i to, co zaczęło się dziać na scenie, "stopniowo napełniało" widownię, a przed teatr zajeżdżały autobusy z coraz to nowymi widzami. Ale okoliczna chuliganeria dewastowała te pojazdy. Do akcji wkroczyła policja, z ujadającymi psami, która zaczęła pilnować porządku w czasie spektakli. Wtedy chuligani nieco przycichali. Lecz Jerzy Fedorowicz uznał, iż na dłuższą metę sytuacja jest nie do wytrzymania. Odwołał policyjną ochronę i wdał się w dialog ze skinami i punkami. Prosił, aby bili się i pili w innym miejscu. Usłyszał: - Jesteś zdrowo kopnięty dyrektorciu. A niby, co ci do nas? - Niby nic - odparł Fedorowicz. - Tylko, że ten teatr, to już ostatnie oświetlone miejsce w okolicy. Jak go zdemolujecie, widzów wykurzycie, mnie zabijecie, nikt inny tu nie przyjdzie, zamkną, wygaszą światła, a wtedy tylko ciemność. Tylko podarte szmaty i papiery, które wiatr będzie gonił po ulicach z takim dźwiękiem: wiu, wiu... jak w westernach. Znacie? - No to, co, dyrektorciu, niech wieje – odparł jakiś pijaczek. - Co? To, że twoje dziecko, jak je będziesz miał, poprosi pewnego dnia, żebyś mu opowiedział bajkę. A ty nie znasz bajek, bo i skąd. Ale będziesz się wstydził i szukał takich, co znają. Ale nas już wtedy nie będzie.

Jak następnie stwierdziła autorka cytowanego tekstu Jerzy Fedorowicz... wygrał. "Ale nie dzięki sile argumentów, tylko temu czemuś w Fedorowiczu, co sprawia, że ludzie zwykle są po jego stronie" – dodała. Przed teatrem zapanował spokój. Wówczas Jerzy Fedorowicz zaprosił punków na musical o świętym Franciszku. Oglądali z zainteresowaniem, zwłaszcza sceny pojedynków. Wtedy spytał: - A może byście wystąpili na scenie? Bić się potraficie, a Romeo i Julia, to właśnie sztuka o walce ówczesnych punków ze skinami.

Tym razem zaprosił także skinów. Na próby przyszło sześćdziesięciu. Grało dwudziestu, reszta patrzyła. Gasili pety o wykładzinę, łamali krzesła, zasmradzali toalety "trawą". Robili to oczywiście dla hecy, aby zdenerwować. Ale Jerzy Fedorowicz i to "przetrzymał". Przestali niszczyć. Natomiast ci, którzy grali, stwierdzili ze zdumieniem, że ich umiejętności w kwestii bicia okazały się do niczego. Jerzy Fedorowicz zaangażował mistrza kung fu, który uczył ich reguł walki. Oni zaś początkowo nie uznawali reguł, ale przez to obrywali, a w dodatku bezlitośnie wychodziło na jaw, że nie mają kondycji. Tak uczyli się, na własnej skórze, życia w cywilizowanym społeczeństwie. Odwołajmy się jeszcze raz do tekstu z "Polityki":

"Skiny z rodu Montekich, punki Kapulettich starły się w tańcu "pogo". Wrzask: "kto chce z nami zadrzeć, będzie musiał zadrżeć". Nie markują ciosów. Taśma filmowa pokazuje, że na początku bitka była całkiem bez opamiętania, coraz gorętsza, do amoku, a dwoje dorosłych, którzy ją wyreżyserowali, mieli nie w sobie i nie w nich nadzieję, ale chyba w Bogu, że wszystko nie skończy się źle." - Było z nimi ciężko - wspominał Jerzy Fedorowicz. - Na początku przychodzili pijani lub naćpani i bili się, ale po dwóch miesiącach już wiedzieliśmy, że zmierzamy do wspólnego celu, którym jest sztuka. Z dwoma nawet się pobiłem, ale lekko. A jednego wyrzuciłem z próby, gdy przyszedł naćpany. Poradziłem mu, aby połaził sobie po Hucie i wrócił, jak mu przejdzie. Nikt z chłopaków nie stanął w jego obronie. Potulnie wyszedł. A chłopaki powiedzieli o mnie potem, że jestem "sprawiedliwy".

"Romeo i Julia" Williama Shakespeare w reżyserii Krzysztofa Orzechowskiego miała premierę 9 maja 1992 roku. Były dwa przedstawienia: amatorskie i zawodowe. W amatorskim występowali Wiesiek Zagól – Romeo, blondasowaty punk z różowym grzebieniem i Ewa Łacny – Julia, prawdziwa, kanciasta skinerka. Gdy sami zostali na scenie, na widowni zapadała cisza...

W drugim przedstawieniu wystąpili: Tadeusz Szaniecki (Escalus książę Werony), Piotr Pilitowski (Parys krewny księcia), Zbigniew Horawa (Montecchi), Sławomir Sośnierz (Capuletti), Zdzisław Klucznik (starzec z rodu Capulettich), Roman Gancarczyk (Merkucio), Tomasz Schminscheiner (Benvolio), Roland Nowak (Tybald), Rafał Dziwisz (Ojciec Laurenty), Tomasz Poźniak (brat Jan), Krzysztof Gadacz (Baltazar), Piotr Piecha (Abraham), Andrzej Franczyk (Samson). Rolę Romea reżyser powierzył Piotrowi Urbaniakowi, Julii - Dominice Bednarczyk, 19 letniej studentce prawa UJ, ale jednocześnie aktorce Międzyszkolnego Studium Teatralnego przy V Liceum Ogólnokształcącym, gdzie sceniczną karierę zaczynał jak wiadomo Jerzy Fedorowicz. Reżyser wybrał obie Julie na castingu, gdzie zgłosiło się ponad dwieście kandydatek w wieku od 13 lat do 22. O godzinie 19,30 zostało już 30. Z nimi miał próby Piotr Urbaniak.

Okazywało się, że przedstawienie amatorskie wcale nie ustępowało popularnością zawodowcom. Nieraz trzeba było dawać dwa spektakle dziennie. W sumie "Romea i Julię" oglądnęło 11 tysięcy widzów, na 47 przedstawieniach.

W początkach października 1992 roku występujący w sztuce aktorzy zostali zaproszeni do Berlina i Lipska, gdzie odbyli spotkania z grupami młodzieży alternatywnej, dyskutując przy piwie, zwanym przez Jerzego Fedorowicza "fajką pokoju" i spierali się o granice, ataki na azylantów, ulubioną muzykę, a także ustalali, jaka jest cena... "trawki" po obu stronach granicy.

Niestety kilku aktorów z grona skinów i punków nie mogło wyjechać. Zaważyły względy zdrowotne (liczne wcześniejsze kontuzje) i prawne (niektórzy musieli odbywać wyroki za wcześniejsze grzeszki). W ekipie wyjeżdżających znaleźli się dwaj synowie Jerzego Fedorowicza: Jerzy junior, który musiał nauczyć się większości ról, aby móc zastąpić aktorów, którzy w danym momencie "wykruszyli się" i Filip, prawnik, który służył za tłumacza.

Przygoda z punkami i skinami miała swój dalszy ciąg. Wprawdzie niektórzy z nich nie dokonali potem w życiu niczego szczególnego, ale jak wspomina Jerzy Fedorowicz junior, paru z nich "wyszło na ludzi". I tak m. in. Wiesław Zagól skończył studia na Politechnice Krakowskiej, zrobił doktorat z budowy i organizacji maszyn, przez pewien czas był wykładowcą na tej uczelni, a następnie został specjalistą od informatyki w znanej międzynarodowej firmie handlowej.

Z kolei Jerzy Woźniakiewicz podjął pracę w Urzędzie m. Krakowa i został wybrany przewodniczącym Rady Dzielnicy XIV Czyżyny. Judyta Papp zasłynęła jako fotografik, wykonując portrety znanych osobistości: papieża Jana Pawła II, Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich, Wisławy Szymborskiej, Sławomira Mrożka i Czesława Miłosza. Wydała album "To Miłosz" i wystawiała swoje prace w wielu galeriach w kraju i za granicą. - Nie zmarnowali się – stwierdza z satysfakcją Jerzy Fedorowicz. – I to jest moja największa satysfakcja.

Ryszard Dzieszyński